W trosce o przyrodę czy pieniądze?
Często rozliczne decyzje polityczne usprawiedliwiane są ideami ekologicznymi. W związku z tym, że jakieś osiemdziesiąt procent “polskiego” prawa opracowywana jest w dalekiej Brukseli, a jedną z podstaw integracji europejskiej jawi się ekologia – bez ustanku słyszymy jak to przeróżne rozporządzenia czy konwencje międzyrządowe są bezwzględnie koniecznie, bo bez oszczędzania elektryczności lub ograniczeń emisji gazów cieplarnianych nastąpi apokalipsa klimatyczna.
Unia Europejska przyrządziła zatem mnóstwo regulacji, z jakich co niektóre przypominają gospodarkę planowaną prosto z czasów socjalizmu. Można wskazać tu choćby centralne uchwalanie o ile procent mniej energii mają zużywać odbiorniki tv, wojna z normalnymi żarówkami lub przepisy dotyczące stosowania domieszek biopaliw. Najznaczniejsze konsekwencje, szczególnie dla polskiej gospodarki będą jednak mieć limity CO2 ponieważ mocno odczują to wszyscy obywatele. No niemalże wszyscy – prócz bandy cwaniaków czerpiących profity z podatku węglowego czy też producentów wiatraków. To monumentalne przedsięwzięcie o groteskowym uzasadnieniu, ale europejskie społeczeństwo zostało już dosyć dobrze przekonane przez główne media. Wystarczy wejść do Internetu, by obejrzeć pierwszy lepszy blog ekologiczny redagowany przez fanatycznego ekoterrorystę, witryny przeróżnych debilnych akcji w rodzaju ,,godzina dla klimatu” albo siąść przed telewizor i posłuchać poprawnych politycznie polityków. Ekologia to współcześnie coś dużo więcej niż ochrona środowiska albo biznes. To ideologia polityczna, a czasem nawet pseudo-religia – i o to właśnie chodziło.